Citroën ID, 1967
Droga do Saint-Tropez — opowieść zza kierownicy
Lipiec 2011. Wyruszamy z Wrocławia we troje — ja, Kasia i Marysia — naszym Citroënem ID, z planem, który sami nazwaliśmy „ramowym”. Cel: Saint-Tropez. Trasa: Czechy, Austria, Włochy, Francja. Ile dokładnie kilometrów — nie liczyliśmy, bo i tak wszystko miało pójść inaczej, niż zakładaliśmy.

Już pierwszej nocy, gdzieś pod Českimi Budějovicami, natura pokazała nam, kto tu rządzi — burza wyrywała drzewa z korzeniami, a wycieraczki walczyły z deszczem i przegrywały.
Gdzieś po drodze padł też nasz prywatny rekord: 8,1 litra na 100 km. Sam nie wierzyłem, dopóki nie sprawdziłem drugi raz.
Dalej było już tylko na południe. Trento, Pavia, i w końcu Lazurowe Wybrzeże. W La Garde-Freinet trafiliśmy na paradę klasycznych samochodów — i musieliśmy z niej zrezygnować, bo wpuszczano tylko kabriolety. Nasze ID zostało na poboczu, ale humoru nam to nie zepsuło, bo było co podziwiać.
A potem było Saint-Tropez. Port, plaże Pampelonne, i to uczucie, którego nie da się podrobić — że dojechaliśmy nie tylko na koniec trasy, ale do miejsca, o którym będziemy opowiadać jeszcze długo po powrocie do domu.